Wiele miesięcy temu odwiedziłem hospicjum, w którym urzędowałem wiele długich lat jako psycholog i specjalista w dziedzinie leczenia zaburzeń psychosomatycznych. Wówczas przebywałem na oddziale dziecięcym gdzie próbowałem zarówno podopiecznym jak i ich rodzinom "ulżyć" w cierpieniach i przygotować na najgorsze... z żalem i goryczą niezrozumienia po utracie tych najmłodszych, najbardziej bezradnych i nieskalanych jeszcze grzechem życia istot.
Życie jest darem, najcenniejszym darem jaki mamy i powinniśmy to życie dzień po dniu celebrować tak jak my to potrafimy najpełniej i najskrupulatniej. Zapominamy też o jednym, tym co deprymuje i nadaje znaczący zwrot w naszym życiu jakim jest upływający czas. To on częstokroć działa na naszą niekorzyść bo nie potrafimy przekuć w atut to, że im starsi jesteśmy tym powinniśmy bardziej czerpać z życia, wyciągać wnioski ucząc się na własnych i cudzych błędach.
Pracując w hospicjum musiałem nauczyć się wyłączać emocje i w sposób bardzo treściwy i niedwojaki przekazywać suche fakty na temat tego jak jest, a nie jak może być lub powinno być. Prawda w tym miejscu stała się nadrzędną wartością i nic poza nią nie miało sensu bo tylko myśląc w kategoriach braku fałszu można dojść do zaskakujących refleksji i przemyśleń. Prawda Was wyzwoli bo przez całe swoje życie nie tyle mierzymy się z decyzjami innych osób, które po części mają wpływ na komfort naszego życia ale co z własnymi pół-prawdami.
Nie omieszkam wspomnieć tutaj też o jednej ważnej kwestii jaką jest mój jeden z bardzo wielu tatuaży. Ale... ten tatuaż jako jedyny ma dla mnie ukrytą prawdę, a treść jego brzmi następująco: NIGDY NIE MÓW NIGDY. Jakże jest to aktualne gdy mierzysz się ze śmiercią umierającego na kolanach Ci człowieka. Tak wiele i tak wielu zakłada, że nie zrobi tego bo... bo się boi. W obliczu śmierci wszyscy jesteśmy tacy sami niezależnie od tego ile razy wypowiadamy jak mantrę słowo nigdy.
Nie ukrywam że jest to dla mnie ciężkie i bolesne bo po raz pierwszy poczułem nierozerwalną więź z dzieckiem, które nazwało mnie ojcem. Przez długi czas wzbraniałem się przed tym określeniem bo nigdy nie poczułem w sobie instynktu ojcowskiego.
Ostatnimi czasy akcent kładzie się na słowo godność i łączy je ze słowem żyć... żyć godnie... Zbitek tych 2óch słów przeciwstawiam innemu stwierdzeniu... z godnością umierać... Bo godnie w moim mniemaniu to prawdziwie, a żyć w prawdzie i umierać z prawdą na ustach to nie być innym jak wiernym własnym przekonaniom.
I nadchodzi taki dzień gdzie śmierć zamyka usta nawet żyjącym. Jedyne w tym wszystkim pocieszenie to takie, że nawet śmierć bywa wybredna. I... sam moment śmierci nie jest najgorszy ale to uczucie... uczucie niespełnienia i niedopowiedzenia.
Przecież nikt nie patrzy... możesz być już wreszcie sobą.
Ludzie życzą sobie wielu rzeczy... zdrowia, pieniędzy, szczęścia... a ja poprostu życzę Wam spokojnego momentu śmierci bo kiedy umierasz przepełniony bólem Twoja twarz staje się niczyja, wręcz nieludzka. Zdawać by się mogło, że oczy wołają o pomstę do nieba prosząc o tą jedną chwilę wytchnienia.
Po pewnym czasie zobojętniałem na krążącą wokół mnie śmierć. Sam moment odejścia nie był ceremoniałem, a tylko jedną z ważkich i mało istotnych "kwestii".
Tak jak na wstępie wspomniałem po nowym roku ponownie odwiedziłem hospicjum z wiarą i nadzieją na odrodzenie. Spotkałem wówczas wcześniej mi już znaną małą, wychudzoną, o sinych ustach dziewczynkę z piękną czerwoną kokardą we włosach. Spod Jej czarno-kruczych loków dostrzec można było znaczny rumień rysujący się na jej policzkach. Za każdym razem gdy ją widziałem wtulona była w pluszowego, brunatno wypłowiałego misia bez jednego oka z nadszarpniętym uszkiem. Ale... tym razem miś leżał bezwiednie obok jej turkusowego krzesełka. Trzymała w ręku czarny pisak i ryzę szarego papieru. Rysowała... Spojrzawszy na mnie zaprzestała na moment i chwyciła w dłoń czerwony pisak. Jej ruchy dłoni z krótkich i szarpliwych stały się płynne i miarowe. Podeszła do mnie i wręczyła w ów prezencie owe malowidło. Widniał na nim malowany chaotycznie czarnym pisakiem świat zgliszczy i połogu i ja... nie czarny a czerwony.
- Dlaczego jestem czerwony... - zapytałem ze zdziwieniem w głosie,
- Bo miałam do wyboru tylko dwa kolory, a mój świat jest szaro-czarny a Ty w nim czerwony. A wiesz jaki kolor lubię najbardziej... ???
- Czerwony. - odpowiedziałem bez chwili zastanowienia.
Następnego dnia zmarła (mierzyła się od wielu lat z ostrą nieuleczalną postacią białaczki). A wraz z nią umarła cząstka mnie, a ta która pozostała wołała o pomstę do nieba. Poczułem niewyobrażalną pustkę i nienawiść do samego siebie że pozwoliłem Jej odejść. Zostawiła mi coś jednak jeszcze... na szarej kartce papieru spowitej czerwoną kokardą, zaadresowanej do mnie na czarnym wyrysowanym tle narysowała najładniej jak potrafiła połowę serca z napisem: TĄ ZOSTAWIAM TOBIE, DRUGĄ ZABIERAM ZE SOBĄ.
CODZIENNIE SPOGLĄDAJĄC W LUSTRO, MAM PRZED OCZYMA "TYCH" CO ODESZLI, BY WSPOMNIENIE O NICH TRWAŁO PÓKI JA TRWAM (CHOĆ TO WCIĄŻ ZA MAŁO ALE...) BY NIE STAŁY SIĘ NICZYJE PO ŚMIERCI JAKO ŻE JA ZA ŻYCIA STAŁEM
SIĘ NICZYI DLA WIELU.
PS. PAMIĘTAJCIE ODMAWIAJĄC KOMUŚ PRAWA DO ŻYCIA, A TO NAJCENNIEJSZE CO MAMY, ODMAWIACIE SOBIE SAMI SPOKOJNEGO MOMENTU ODEJŚCIA JAKIM JEST ŚMIERĆ.

Komentarze
Prześlij komentarz