Przejdź do głównej zawartości

... bo niebo jest dla wszystkich, za to piekło dla wybranych ...

 -5-

Ciągnąc dalej temat oszczędności i perypetii z tym związanych przed godziną 19stą obowiązkowo trzeba było się myć ale i to mycie nie należało do standardowych. W pierwszej kolejności do łazienki szła „Ona” - myła się w czystej, gorącej wodzie. Po „Niej” dopiero ja szedłem – myłem się już w wystudzonej i brudnej wodzie. Nie wiem jak Wy ale ja nawet pisząc to czuję obrzydzenie bo jak można kazać myć się komuś po kimś w momencie gdy ma się świadomość tego, że ktoś wcześniej mył w tej samej wodzie stopy, miejsca intymne, pachy itd. W tej samej też wodzie w wannie musiałem przepierać swoje i „Jej” rzeczy, które codziennie nosiłem bo pralka automatyczna tak dokładnie nie usunie zabrudzeń jak ręczne pranie. Jeśli dochodziło już do prania w pralce to nie w „automacie” a we „frani” bo opcjonalnie ta pierwsza za dużo wody i prądu „ciągnęła” i nie dopierała. Większej w życiu bzdury nie słyszałem ale za to słyszałem, że to nie mój dom więc i nie moje zasady i reguły, na swoim będę sobie panem i władcą. Na niedomiar złego po całym tym rytuale nastawał czas by codziennie na kolanach szmatą przecierać podłogę w kuchni, łazience, przedpokoju, pokoju i klatce schodowej. Moje liczne prośby nie skutkowały by choć trochę ulżyć mi w tych codziennych obowiązkach i kupić mopa bo przecież na kolanach dokładniej domyję zabrudzenia. Więc cały ten obrządek zajmował mi jakieś półtorej godziny... ale szczęśliwi ponoć czasu nie liczą.

Oszczędności obejmowały również oświetlenie w domu bo najlepiej telewizję oglądać przy zgaszonym świetle podobnie jak uczyć się po ciemku bo na to czas był w ciągu dnia... Ale rzekomo w ciągu dnia... codziennie po szkole trzeba było odkurzyć dywany, niejednokrotnie przygotować obiad, napalić w piecu itd. Nie dość że natłok obowiązków był przytłaczający to raz w tygodniu i to zazwyczaj w piątek było generalne sprzątanie domostwa, które obejmowało wszystko, łącznie z myciem szafek kuchennych, lamp, poręczy schodów itd. Dom nie przypominał domu ale szpital ze sterylnie wypolerowanymi posadzkami, ścianami i meblami – patrz ale nie dotykaj. Na tyle „Ona” miała hopla na punkcie porządku, że jakakolwiek smuga musiała być w try miga usunięta. Takie obsesyjne sprzątanie miało też na celu pokazanie wszystkim dookoła jaką to ja świetną gospodynią nie jestem. Wszystkie zasługi przypisywała sobie, a bo po co doceniać innych skoro samą jest się przez innych docenianą. I te „Jej” obsesyjne zgaszanie i zaświecanie świateł potrafiło wytrącić z równowagi najbardziej spokojną i cierpliwą istotę. Bo jak tutaj nie oponować... wychodzimy z jednego pokoju wchodząc do drugiego po to by tylko przynieść coś i wracamy po kilkudziesięciu sekundach, a światło jest już zgaszone – no tak... oszczędności. Aaa... i zwracajmy uwagę na to jak zgaszamy światło pod kątem trafienia palcami w kontakt by ino ściany nie pobrudzić, bo kupienie osłonek pod owy kontakt też jest dużym wyzwaniem. Do tego stopnia jestem zrażony, że jako dorosły mężczyzna nauczyłem się odkładać wszystko na swoje miejsce by nie musieć sprzątać – nie chcę stać się niewolnikiem samego siebie. Stawiam na minimalizm i użytkowość.

Mógłbym tak wymieniać w nieskończoność co należało do moich codziennych obowiązków ale jedno jest pewne, że większość wykonywanych przeze mnie czynności i wpajanych za dzieciaka procedur nie miała nic wspólnego z oszczędnym trybem życia. Na każdym kroku próbowała udowodnić mi jakim to ja niziołkiem nie jestem i jak daleko można dojść w upadlaniu drugiego człowieka. I tu chciałbym przejść do tematu znęcania się psychicznego nade mną bo jak wiadomo w przeciwieństwie do krzywd cielesnych te psychiczne są trudniejsze do zniwelowania. Wulgaryzmy były na porządku dziennym i choć innych mogło by to wprawić, delikatnie rzecz ujmując, w osłupienie czy też z lekka zażenować, na mnie nie robiło to większego wrażenia. Dobór słów jakimi „Oni” operowali dawał wiele do życzenia choć rozpiętość ich znaczeń nawet mnie potrafiła wprawić w zakłopotanie to należy przyznać, że przemawiały za nimi kreatywność w tworzeniu wielu nowych słów. Nie chciałbym niecenzuralnych słów przytaczać bo nie o to mi do końca chodzi ale zwrócić uwagę na jeden szkopuł, że na ów wulgaryzmy mogli sobie pozwolić w zaciszu 4ech ścian domowego ogniska. Wśród ludzi nie pozwalali sobie na tego typu słowną suplementację. Wulgaryzmy to jedno ale cała barwna otoczka związana z „wymowną” gestykulacją, „dobitnym” tonem głosu, „przekonującą”mimiką, „czytelną” pozą ciała była wręcz komiczna i momentami przypominała istny kabaret.

W momencie gdy sprawa jednak ocierała się o temat dyskryminacji, nie akceptacji i braku poszanowania czyjejś godności nie umiałem siedzieć cicho i lekceważyć jakichkolwiek syndromów o tym świadczących. „Ich” postawa definitywnie wskazywała na to, iż nie dość że nie wierzą w moje siły to jeszcze odmawiają mi prawa do decydowania o samym sobie. Nie wyobrażam sobie będąc rodzicem by dziecku wypominać to, iż jest niechcianym, niekochanym, niepożądanym, nieakceptowanym, bo... bo pochodzi z domu dziecka. Nie czyni mnie to gorszym od innych, nie świadczy to też o tym, że potrzebuje większej dozy zainteresowania. Chciałem tylko by mnie kochano i bym ja mógł kochać. Nie pragnąłem nic prócz tego by być istotną i nierozerwalną częścią kogoś życia. Najwidoczniej za dużo wymagałem, za długo też wyczekiwałem cudzej aprobaty.

Współcześnie bardzo dużo rodziców popełnia kardynalny błąd w kwestii wychowania dotyczącej roztaczaniem nad dzieckiem permanentnej opieki obejmującej każdą sferę jego życia. Owy parasol ochronny roztaczany nad latoroślą prowadzi do prawdziwej dysfunkcji i wyrabia w dziecku przekonanie, że nic nie potrafi, a bez asekuracji rodziców nie jest w stanie nic osiągnąć. Najczęściej tym zachowaniem chcą sobie zrekompensować poczucie bycia lepszymi aniżeli ich rodzice. Taka permanentna kontrola nie ma nic wspólnego z poczuciem bezpieczeństwa, a działa w odwrotny sposób bo podcina skrzydła. Narastająca frustracja a co za tym idzie niedowartościowanie wyrabia w dziecku niepożądane, a wręcz opłakane w skutkach konsekwencje w postaci alienacji, wyobcowania i odseparowania społecznego.

Ciężko było patrzeć na „Nich” gdy pokazywali przed innymi dwie twarze - przede mną jedną, „tą” gorszą ale za to prawdziwą i tę drugą lepszą ale z gruntu rzeczy zafałszowaną i zafiksowaną w tworzeniu poczucia ułudy i iluzji. Momentami nie można było patrzeć na to jak można się prężyć i nadskakiwać drugim by uzyskać ich aprobatę i atencję. Odgrywane przez nich role były na tyle wiarygodne, że i ja pewnie bym się nabrał. Potrafiłem godzinami wpatrywać się w „Nich” jak wół w malowane wrota bo wtedy miałem poczucie, że jestem w teatrze, a oni są znakomitymi aktorami. Uśmiechy, pochlebstwa, żarty wszystko w dobrym guście i tonie. Na tym wszystkim rzutowała jedna „Ich” przypadłość – brak cierpliwości w kwestii różnic poglądowych co do ich własnych przekonań i upodobań. Ukradkiem wkradała się wtedy nerwowość, a co za tym idzie z lekka podniesiony ton głosu. To był wyraźny sygnał na to by opuścić doborowe towarzystwo i z twarzą wyjść z opresji.

Choć nigdy nie zdiagnozowano u mnie ADHD to na pewno kiedyś miałem problem z nadpobudliwością psychoruchową, którą z wiekiem okiełznałem. Wtórowała na pewno owej nad aktywności chroniczna przypadłość w osobie bezsenności. Potrafiłem godzinami chodzić jak w letargu z jednego końca pokoju do drugiego dodatkowo licząc każdy przemierzony krok. Wyobrażałem sobie wtedy, że wraz z kolejnym krokiem zbliżam się do mety na końcu której czeka mnie upragniona i długo wyczekiwana nagroda w postaci uznania setek milionów ludzi. Opływał bym wtedy w luksusach i byłbym na ustach wielu. Życie weryfikuje jednak to iż będąc na samym szczycie jednego dnia, drugiego można upaść na tyle nisko, że puka się od spodu samego dna. Wtedy wszystko zaczyna się zacierać, a co tu i teraz przestaje mieć znaczenie. Od tego momentu człowiek zaczyna patrzeć na siebie przez pryzmat tego jak siebie najbardziej upodlić, zniewolić, skrzywdzić. I tu... przechodzimy do kwestii samookaleczeń, ale to już w następnym rozdaniu.


CDN.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

... ze śmiercią mi do twarzy ...

Wiele miesięcy temu odwiedziłem hospicjum, w którym urzędowałem wiele długich lat jako psycholog i specjalista w dziedzinie leczenia zaburzeń psychosomatycznych. Wówczas przebywałem na oddziale dziecięcym gdzie próbowałem zarówno podopiecznym jak i ich rodzinom "ulżyć" w cierpieniach i przygotować na najgorsze... z żalem i goryczą niezrozumienia po utracie tych najmłodszych, najbardziej bezradnych i nieskalanych jeszcze grzechem życia istot. Życie jest darem, najcenniejszym darem jaki mamy i powinniśmy to życie dzień po dniu celebrować tak jak my to potrafimy najpełniej i najskrupulatniej. Zapominamy też o jednym, tym co deprymuje i nadaje znaczący zwrot w naszym życiu jakim jest upływający czas. To on częstokroć działa na naszą niekorzyść bo nie potrafimy przekuć w atut to, że im starsi jesteśmy tym powinniśmy bardziej czerpać z życia, wyciągać wnioski ucząc się na własnych i cudzych błędach. Pracując w hospicjum musiałem nauczyć się wyłączać emocje i w sposób bardzo ...

... człowiek idzie przez życie tak, jak nosi głowę ...

-9- Kontynuując wszystko to co w poprzednim poście na końcu zaakcentowałem, chciałem kwestię mojego wizerunku rozwinąć i doprecyzować. Czy od zawsze miałem zamysł i plan na to jaki chcę być?... nie. Czy od zawsze chciałem wyglądać tak jak obecnie się prezentuję?... nie. Czy modyfikując się brałem pod uwagę negatywny rozgłos i rozdźwięk wypowiadanych przez innych słów?... nie. Czy brałem pod rozwagę i uwagę to, iż w parze z niecenzuralnymi słowami pójdą równie niecenzuralne czyny?... nie. Czy miałem pełną świadomość tego, jakie będą konsekwencje moich zmian?... nie. Czy brałem pełną odpowiedzialność za to kim/czym jestem i kim/czym chcę się stać?... nie. Czy od zawsze czułem się inny od reszty społeczeństwa???... tak. I to jedyne - tak - spośród wielu tych - nie - przeważyło szalę. Zadecydowało, że zmieniłem się nie do poznania ale nie tylko w sposób fizyczny - zewnętrzny ale też i psychiczny – wewnętrzny. Każda jedna zmiana niesie ze sobą ryzyko wykluczenia, a co za tym idzie i...