niemo chciała powiedzieć: nie chce tutaj być, taka zapomniana, taka bezradna i taka bezbronna...
Po krótkiej analizie pozy jej stóp, zdawać by się mogło, że zaparła się obunóż tym samym akcentując fakt twardego stąpania po ziemi. Jej uda dygotały mimowolnie uwydatniając tym samym duże złoża żył i tętniącą w nich krew.
Pogoda wzmagała jeszcze bardziej ten stan ogólnej i przytłaczającej mogło by się zdawać atmosfery otumanienia i ogłupienia. Deszcz i wiatr z minuty na minutę wzmagał się. Krople deszczu rozmywane przez wiatr stworzyły mozaikę na szklanej tafli a Ona tępym ruchem dalej malowała wodząc palcami po niej swój własny obraz wolności. Liście z drzew już dawno opadły i ukazały swe nagie skorumpowane oblicze przygotowawszy się przed nieznanym, najgorszym chłodem listopadowych dni.
Usiadłem bezszelestnie w odstępie dwóch kroków od staruszki i choć siedziała plecami do mnie byłem w stanie opisać jej arystokratyczną twarz. Grube pukle śnieżnobiałych lokowanych włosów
bezwiednie opadały na jej szczupłe barki nie większe od wieszaka, na który codziennie odwieszam płaszcz. Rytmicznie poruszała malutką główką, kołysząc się przy tym miarowo. Urywkami zdawało mi się słyszeć delikatny i subtelny pomruk jakby w takt jakiejś piosenki snuła swoje nieziszczone marzenia i pragnienia. Oczy momentami aż zachodziły mi mgłą bo czułem się jakbym był zamiast Jej już po ten drugiej stronie. Ogarnęła mnie wszechogarniająca pusta i niczym nie podyktowane uczucie bycia zbędnym.
Sanitariusz który znajdował się nieopodal w moim odczuciu grubiańskim i nieco cynicznym głosem wymamrotał, że nie ma z tą kobietą kontaktu od paru już dobrych lat. Wynikało z jego relacji, że kobieta miała bardzo trudne dzieciństwo i młodość. Wojna zabrała jej rodziców i rodzeństwo. Mąż latami znęcał się nad nią psychicznie i fizycznie. Na domiar tego wszystkiego nie mogła mieć dzieci. Jedyną formą rekompensaty była choroba... demencja starcza. Jakie to niesprawiedliwe "żyć" i nie wiedzieć, że się żyje - nie kochać, nie tęsknić, nie być.
Po półgodzinnej bezczynnej posiadówie i wpatrywaniu się w "ducha" nie wytrzymałem i swoją prawą dłoń położyłem na jej wątłym lewym ramieniu. Pomimo tylu wiosen na karku owa staruszka odwróciła się żwawo ale tylko do połowy bo kółka równie wiekowego wózka inwalidzkiego zblokowały się. Szarpała nim na lewo i na prawo chcąc przezwyciężyć swą starczą bezsilność. Moja prawa dłoń z jej lewego ramienia powędrowała w stronę kościstej i chłodnej jej lewej dłoni. Chwyciła mnie oburącz ściskając niemiłosiernie. Nie wiedziałem skąd wzięła tyle siły. Uwolniwszy
się po paru sekundach skrępowania musnąłem jej przegub ręki i delikatnym ruchem ręki pogłaskałem po wewnętrznej jej stronie. To ją skutecznie uspokoiło.
Ale też... zauważyłem liczne zbliznowacenia po dość gęsto i głęboko usłanych na tamten czas ranach ciętych. Na ich tle wyłonił się jeden kontur który zdawał się krzyczeć... było to jedno słowo ale jakże ważne... JESTEM. Na tyle to za mną przemówiło, że podyktowany niepohamowaną chęcią weryfikacji owej skaryfikacji przejechałem opuszkiem palca wskazującego niejako badając na każdym etapie poziom wyboistości. Jej reakcja była zaskakująca - zdawać by się mogło że mój dotyk przyniósł Jej ukojenie. Ale ta forma ekstazy szybko minęła po tym jak moja dłoń ponownie spoczęła na moim prawym udzie.
W pierwszej kolejności dostrzegłem jej wnikliwy, nieco zawadiacki choć już zamglony wzrok. Tyle smutku i rozczarowania w ułamku sekundy nigdy jeszcze nie dostrzegłem w nikim i choć ni jednym słowem nie przemówiła do mnie to i tak rozmawialiśmy ze sobą wymieniając raz po raz spojrzenia. Pomarszczone usta staruszki nagle ułożyły się w formę litery V i przy lekko zaciśniętych dziąsłach wyglądała jakby resztką sił chciała do mnie przemówić wylewając cały ból i żal. Kąciki oczu nagle stały się wilgotne. Bardzo długo wzbraniała się przed tym by nie uronić żadnej kropli łzy. Nie udało się... i choć tylko jedna łza spadła to była tak wymowna. Zatrzymała się dopiero na podbródku dalej drążąc kanion na podupadłej szyi i rozmyła się w bruździe mieszczącej się nieco ponad linią jej piersi.
Naprędce wzięła do ręki ołówek i kawałek papieru. 10 minut zajęło jej napisanie jednego
zdania, zdania którym opisała siebie i świat jakim Ona go widzi. Wyrazy były w nieładzie rozrzucone na kartce papieru ale to nie stłumiło mojej determinacji odczytania co miała mi ważnego do przekazania. Jej treść przeszyła mnie na wskroś bo kobieta przeżyła niesmak wojny, a brzmiała następująco:
"Trzeba wojny by na nowo odkryć znaczenie słowa człowieczeństwo... "
Moja natomiast riposta rzucona w waszym kierunku jest nieco inna i powinna zmusić do poważnych przemyśleń:
"Ile potrzeba człowieka w człowieku by poczuć smak człowieczeństwa, by uczłowieczyć to co się zezwierzęciło..."

Żyjemy tak jak śnimy... samotnie, choć... samotny nie znaczy sam.
OdpowiedzUsuń