Przejdź do głównej zawartości

... gówno zapakowane w papierek inteligencji ...

-2-

Jak bardzo można się pogubić by od dziecka żądać niemożliwego. Jak bardzo trzeba być impertynencko niedojrzałym by od siebie nie wymagać nic i stawiać siebie na piedestale. Słowo rodzice zastąpię tutaj słowem Oni tudzież Ci, Ich itd. bo nie chciałbym słowa rodzic za bardzo generalizować. Od zawsze kiedy pamiętam powtarzano mi, że trzeba robić wszystko najlepiej, najsprawniej, najdoskonalej bo tylko nieudacznicy mają mniej od nas, a wynika to tylko i wyłącznie z lenistwa i niekonsekwencji w działaniu. I tą regułę dzień po dniu wtłaczano mi do głowy jako, że moim musem miało być pokazanie światu, że tylko najsilniejsi, najinteligentniejsi, najładniejsi, najsprytniejsi mają rację bytu.

Piszę w osobie moich „rodziców” nie po to by kogokolwiek obrażać ale przestrzec przed takim sposobem wychowywania i wytłaczania z ludzi tego co najcenniejsze czyli empatii, asertywności i szacunku do samych siebie. Chcę pokazać jak łatwo jest przekroczyć cienką granicę dzielącą nas od tego co powinno się, a po przekroczeniu której stajemy się karykaturą samych siebie. Nie chcę zafałszowywać przeszłości i stygmatyzować przyszłości ale chcę widzieć świat i ludzi takimi jakim oni są. Dziecko które żyje pod presją czasu i kata który stoi obok, gotowy na każde skinienie ściąć go o głowę nie jest dobrą perspektywą ani alternatywą na lepsze jutro. Niestety ja w pewnym momencie swojego życia poddałem się presji otaczających mnie osób bo sytuacje i wydarzenia, o których napiszę później w bardzo drastyczny sposób sprowadziły mnie do parteru i przytrzymały na nieco dłużej aniżeli podejrzewałem.

Tak jak już wcześniej wspomniałem jakiekolwiek formy dezaprobaty i niezadowolenia były zduszane w zarodku. W obowiązku dziecka w ich mniemaniu było to aby przynosić ze szkoły jak najlepsze oceny. Jakakolwiek nota poniżej 4ki skutkowała karą cielesną czy to w postaci pasów na tyłek czy razów z otwartej ręki gdzie części ciała były w sposób nader przemyślany wybierane tak by otoczenie nie domyśliło się, że dochodzi do tego typu aktów przemocy. Tak naprawdę forma wymierzanych codziennie ciosów nie grała roli, brano wszystko co znalazło się na wyciągnięcie ich ręki. Posiłkowano się kablem od odkurzacza, żelazka, deską do krojenia warzyw, rzucano też talerzami, garnkami, meblami etc. Tych rzeczy można by było wymieniać w nieskończoność. Najbardziej karkołomny w tym wszystkim był fakt, że gdy za głośno i za długo płakano co jeszcze powodowało dolewanie oliwy do ognia czas męki się przedłużał, a i fura powoli mijała. Więc... gdy bito i poniżano nie miałem prawa nawet to łez i szlochu.

Aby zwiększyć moją wydajność co do efektów kształcenia w domu, które miały przedkładać się na bardzo wysokie wyniki w nauce co tydzień w niedzielę po nabożeństwie w kościele przepytywano mnie z całej partii materiału który do przyswojenia był na kolejny tydzień. Nie było by w tym nic szokującego gdyby nie trzeba było na pamięć wkuwać dziesiątki stron i egzekwować od dziecka by słowo w słowo recytowało wkuty na pamięć materiał. Tłumaczono mi to w ten sposób, że to wszystko robione jest dla mojego dobra by wyrobić we mnie nawyk systematyczności. Rzutowało to tylko tym, że sam nie potrafiłem samodzielnie sklecić zdania bo wystarczyło jedno słowo wyrwane z kontekstu lub jego brak by zgubić rachubę w recytowanym przez siebie tekście... Wtedy obkładano mnie zeszytem po głowie, wypowiadając jak zdrowaśkę szereg niecenzuralnych słów, gryziono do krwi palce moich dłoni i przydeptywano place moich stóp, kazano się wypinać kopiąc po przyrodzeniu. Zdarzało się, że w miejscach najbardziej dotkniętych razami przykładano okład z żółtka i białka kurzego by miejsce „chorobowo” zmienione jak najszybciej się regenerowało. Tak bardzo łatwo było ich wytrącić z równowagi tak jak z wielką łatwością wyciągali rękę na drugiego człowieka. To taki przecież codzienny rytuał jak wychodzenie do sklepu po bułki...

Nie najgorszy w tym wszystkim był ból fizyczny ale psychiczny i obawa przed utartą zdrowia a i czasami życia bo kto normalny idzie z tasakiem lub nożem na człowieka, kto spycha ze schodów, kto uderza cudzą głową o ścianę, kto łamie nosy i podbija oczy... kto??? Każdego dnia przeglądając się w lustrze zadawałem sobie pytanie... jak to by było gdyby mnie nie było i układałem się w pozycji embrionalnej by nawet mój cień był niedostrzegalny. W końcu zrezygnowałem nawet i z luster by przestań na siebie patrzeć bo we własnym odbiciu widziałem swoich oprawców i odwlekając w nieskończoność moment mojej rychłej śmierci...

Gdy emocje już opadły na siłę przytulano argumentując to tym, że to moja wina, że doprowadzam do takich „niezręcznych” sytuacji bo nie spełniam ich oczekiwań i bym bardziej się postarał. Wtedy nagle to wszystko spowolniało, czułem jakby czas się zatrzymał a ból przestał się liczyć i za każdym razem nastawał taki moment, w którym sam do siebie miałem pretensje, że to właśnie ja jestem sam sobie winien bo przecież powinienem przewidzieć, że na sprawdzianie pojawią się takie a nie inne pytania... Jak bardzo musiałem być zmanipulowany i ubezwłasnowolniony... ale to na szczęście zaprzeszłe dzieje teraz jestem „innym” człowiekiem.

Jako, że zawsze wyróżniało mnie z tłumu analityczne myślenie, to po krótkiej kalkulacji doszedłem do wniosku, że lepiej jest ukrywać mniej satysfakcjonujące oceny i dostać raz a porządnie „wciery” aniżeli każdorazowo mierzyć się z konsekwencjami złych not w szkole. Ale niestety konsekwencje tego typu zachowań były bardziej „opłakane”, bo proces „torturowania” był bardziej wyszukany i wyrafinowany. Ciągnięto za włosy wyrywając całe ich kępki, ciągnięto za pejsy , że krew się strumieniami lała, wymierzano chłostę kijem na otwartych dłoniach, kopano po żebrach i nerkach, spychano ze schodów, wymierzano razy gdziekolwiek i czymkolwiek się dało łamiąc nosy i podbijając niejednokrotnie oczy.

Kartkówki i sprawdziany chowałem gdzie się dało ale niestety zawsze gdy szedłem spać dokonywano bardzo szczegółowych wieczornych i nocnych rewizji. Wtedy w środku nocy wyciągano mnie siłą z łóżka i pozostawiano na zimnej podłodze zbitym na kwaśne jabłko nie pozwalając zmrużyć oka. Chciało by się momentami nawet rzec, że skatowano do utraty przytomności... ale kto by o tym pamiętał. Tak bardzo się modliłem do Boga by wysłuchał moich próśb i zabrał mnie do siebie bo sam nie miałem cywilnej jeszcze odwagi by targnąć się na własne skądinąd bezwartościowe życie i nawet to zawiodło...

Ta metoda odwlekania w czasie dostawania cięgów też zawiodła bo inwigilowano w moje życie na tyle, że „Ona” miała stały kontakt z uczącymi mnie na co dzień nauczycielami, jak również z kuzynem, z których chodziłem do jednej klasy. Żyłem tak pod presją bycia „najlepszym”, że zacząłem chorować na chroniczną bezsenność, która powróciła po wielu latach ale ten wątek innym razem poruszę, że zdarzało mi się podkradać leki nasenne. Chciałem tylko spać – nic nie widzieć, nic nie słyszeć i nic nie czuć. Wtedy to też zaczęły się pierwsze próby samookaleczeń w formie długich równoległych nacięć na przedramionach, obgryzaniu do samej krwi paznokci, uderzaniu bezwiednie głową o ścianę, samobiczowaniu się. Były to początki depresji tak bardzo przeze mnie zbagatelizowanej choroby, która miała swoje konsekwencje w przyszłości w formie nowotworu, który dwukrotnie powracał. Za dużo wątków poruszam ale wybaczcie za dużo myśli i rozmyślań w mojej biednej głowie. Na szczęście są to kwestie, z którymi się pogodziłem, pewne zaakceptowałem, a innym z kolei stawiłem czoło. Ostatecznie zwyciężyłem bo... nie wyparłem „ich” z podświadomości.


CDN.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

... ze śmiercią mi do twarzy ...

Wiele miesięcy temu odwiedziłem hospicjum, w którym urzędowałem wiele długich lat jako psycholog i specjalista w dziedzinie leczenia zaburzeń psychosomatycznych. Wówczas przebywałem na oddziale dziecięcym gdzie próbowałem zarówno podopiecznym jak i ich rodzinom "ulżyć" w cierpieniach i przygotować na najgorsze... z żalem i goryczą niezrozumienia po utracie tych najmłodszych, najbardziej bezradnych i nieskalanych jeszcze grzechem życia istot. Życie jest darem, najcenniejszym darem jaki mamy i powinniśmy to życie dzień po dniu celebrować tak jak my to potrafimy najpełniej i najskrupulatniej. Zapominamy też o jednym, tym co deprymuje i nadaje znaczący zwrot w naszym życiu jakim jest upływający czas. To on częstokroć działa na naszą niekorzyść bo nie potrafimy przekuć w atut to, że im starsi jesteśmy tym powinniśmy bardziej czerpać z życia, wyciągać wnioski ucząc się na własnych i cudzych błędach. Pracując w hospicjum musiałem nauczyć się wyłączać emocje i w sposób bardzo ...

... człowiek idzie przez życie tak, jak nosi głowę ...

-9- Kontynuując wszystko to co w poprzednim poście na końcu zaakcentowałem, chciałem kwestię mojego wizerunku rozwinąć i doprecyzować. Czy od zawsze miałem zamysł i plan na to jaki chcę być?... nie. Czy od zawsze chciałem wyglądać tak jak obecnie się prezentuję?... nie. Czy modyfikując się brałem pod uwagę negatywny rozgłos i rozdźwięk wypowiadanych przez innych słów?... nie. Czy brałem pod rozwagę i uwagę to, iż w parze z niecenzuralnymi słowami pójdą równie niecenzuralne czyny?... nie. Czy miałem pełną świadomość tego, jakie będą konsekwencje moich zmian?... nie. Czy brałem pełną odpowiedzialność za to kim/czym jestem i kim/czym chcę się stać?... nie. Czy od zawsze czułem się inny od reszty społeczeństwa???... tak. I to jedyne - tak - spośród wielu tych - nie - przeważyło szalę. Zadecydowało, że zmieniłem się nie do poznania ale nie tylko w sposób fizyczny - zewnętrzny ale też i psychiczny – wewnętrzny. Każda jedna zmiana niesie ze sobą ryzyko wykluczenia, a co za tym idzie i...

... bo niebo jest dla wszystkich, za to piekło dla wybranych ...

 -5- Ciągnąc dalej temat oszczędności i perypetii z tym związanych przed godziną 19stą obowiązkowo trzeba było się myć ale i to mycie nie należało do standardowych. W pierwszej kolejności do łazienki szła „Ona” - myła się w czystej, gorącej wodzie. Po „Niej” dopiero ja szedłem – myłem się już w wystudzonej i brudnej wodzie. Nie wiem jak Wy ale ja nawet pisząc to czuję obrzydzenie bo jak można kazać myć się komuś po kimś w momencie gdy ma się świadomość tego, że ktoś wcześniej mył w tej samej wodzie stopy, miejsca intymne, pachy itd. W tej samej też wodzie w wannie musiałem przepierać swoje i „Jej” rzeczy, które codziennie nosiłem bo pralka automatyczna tak dokładnie nie usunie zabrudzeń jak ręczne pranie. Jeśli dochodziło już do prania w pralce to nie w „automacie” a we „frani” bo opcjonalnie ta pierwsza za dużo wody i prądu „ciągnęła” i nie dopierała. Większej w życiu bzdury nie słyszałem ale za to słyszałem, że to nie mój dom więc i nie moje zasady i reguły, na swoim będę so...