Przejdź do głównej zawartości

... niewidzialny w swojej bezradności i niedostrzegalny w swoim zobojętnieniu ...

 -7-

Nie potrafię zebrać się by przelać na papier wszystkiego tego co we mnie w środku drzemie. Od kliku godzin siedzę bezczynnie wpatrzony w jeden punkt na ścianie i nie mogę sensownie skleić ze zbitka słów chociażby jednego zdania. Czas spowalnia, a wskazówki zegara jakby bardziej złowieszczo wystukują kolejne sekundy uciekającego mi przez palce miarodajnego życia. Czuję się jakbym dryfował w próżni swojego jestestwa. Jedynym moim sprzymierzeńcem jest klawisz delete po którym wiodę bezwiednie ospałym palcem serdecznym prawej dłoni. Ból głowy z minuty na minutę przybiera na sile, jakby i on szukał ujścia z tej równie patowej sytuacji. Łzy same cisną się do oczu i tylko od czasu do czasu któraś bezwiednie spływając żłobi kolejny kanion na mym matowym, grafitowym policzku. Spływają coraz to większymi strumieniami zasilając zbiornik który swoje ujście ma na brodzie. Nie przecieram jej i daję czas by niczym gąbka wchłonęła nadmiar płynu. Nauczyłem się niemo szlochać z wściekłości i łkać bełkotając z ogłupienia. Spokojnie nikt nie patrzy, spokojnie nikt nie słucha, spokojnie nikt mnie nie ocenia, to mogę pozwolić sobie na chwilę zwątpienia. Przecież to nic takiego, to taki mimowolny mimochodem odruch i efekt uboczny niewyspania i niedospania. Gdyby co, to... powiem, że coś wpadło mi do oka bo żaden grymas nie rysuje się na mojej „sfatygowanej” twarzy. Oczy też tak jakby za mgłą nie zdradzają stanu ogólnego ogłupienia i omamienia. Od kiedykolwiek pamiętam trudno było wyczytać z nich jakiekolwiek emocje. Dzisiaj wyjątkowo dają mi do wiwatu bo niemiłosiernie pieką i szczypią, a światło słoneczne dodatkowo wtrąca swoje trzy grosze bo chce mi je żywcem spalić. Nie one są u mnie zwierciadłem duszy bo już dawno i ją zatraciłem. Zaprzedałem duszę diabłu by ponownie odrodzić się jak feniks z popiołów. Gdy przestaje się mieć wyrzuty sumienia i nie wymagany jest rachunek sumienia wszystko jest jakby na równi pochyłej. Całe życie ślizgamy się po powierzchni bo tak trudno spenetrować jest głębiny naszej podświadomości. Bycie dobrym nie popłaca, szczerym nie kalkuluje się, uczciwym nie procentuje pozostaje tylko być zepsutym do szpiku kości i o sercu opornym.

Z biegiem lat zauważam też że słowa zaczynają mieć coraz to mniejsze znaczenie bo ludzie słuchają tego, do czego sami są przyzwyczajeni. Zazwyczaj na słowach wszystko zaczyna się i kończy, zamiast słowo wprawić w ruch by zmaterializowało się i obrało postać czynu, bo brakuje determinacji i konsekwencji w działaniu. Szukają w równie wymowny sposób w gestach, mimice, pozie ciała, tonacji głosu, u innych rozgrzeszenia swoich niecnych występków. Oczekują usłyszeć to co sami mają już ułożone w głowach, a jeśli jest to rozbieżne z tym, z czym przystaje się im skonfrontować, pałają nienawiścią i żądzą zemsty. Zaprzeczają sami sobie tworząc poniekąd przerysowanie wyidealizowany obraz siebie. Jakie to w rzeczy samej istotne co powiedzą inni, przecież tylko w opinii innych jesteśmy w stanie ujrzeć nas „prawdziwych”. Tak wielu i tak wiele z nas nie umie sobie poradzić z cudzą krytyką niezależnie od tego jakie jest jej podłoże i niezależnie od tego kto ją wypowiada. Nie walczymy, ulegamy i zamiast iść pod prąd obieramy bezpieczny kurs na bezpieczne życie. Przyodziani w jedną z wielu masek codzienności próbujemy najlepiej jak to potrafimy odgrywać nasze życiowe role. Oczekujemy wtedy aplauzu widowni, docenienia kunsztu aktorskiego, sowitego wynagrodzenia, splendoru, chwały i sławy. Przyświeca nam tylko jeden cel byśmy byli na ustach wielu a przed nami rozpościerały się czerwone, oskarowe dywany.

Jakie to złudnie głupie i nieodpowiedzialne. Wspinając się na szczyt po wyboistej drodze depczemy innych, a gdy już dotrzemy nie umiemy się nawet cieszyć wygraną. Z dumnie wypiętą do przodu piersią wbijamy chorągiew, która powiewa sponiewierana wiatrem wielu upadłych i przetrawionych przez skaliste zbocza alpinistów. Nagle okazuje się, że jesteśmy sami samiusieńcy, a jedyne co nam towarzyszy to głuchy pomruk naszego zasapania. Zaczynamy krzyczeć i przeklinać, a jedyne co jest nam w stanie odpowiedzieć to echo, które resztami sił przekonuje nas do słuszności własnych durnowatych przemyśleń. Nogi nam się uginają pod ciężarem wcześniej założonego i włożonego wysiłku, a ręce ugięte w łokciach próbują je asekurować. Przybieramy na wskroś żałosną pozycję męczennika bo dochodzimy do druzgocących wniosków, że wszystko to za czym goniliśmy całe życie jest niczym. I tak zasypiamy i budzimy się sami samotnie przemierzając bezkres i bezmiar pustkowia. Teraz nastaje moment, w którym uświadamiamy sobie, że trzeba zejść ze szczytu bo po piętach depczą nam znacznie lepsi, bystrzejsi, ambitniejsi, rezolutniejsi. I wszystko odwraca się do góry nogami, bo ci po których my wcześniej deptaliśmy depczą nas. Tak łatwo jest z samego szczytu upaść na samo dno, a pamiętajmy, że to samo dno potrafi mieć podwójne dno i można pukać też od samego jego dna... taka głupia zależność. Czy ktoś wtedy pamięta o tym, jak wysoko kiedyś byliśmy... nie. Liczy się co tu i teraz. Wczorajszego się nie pamięta, a jutrzejsze jest za daleko by snuć jakiekolwiek plany. Żyjemy i cieszy się chwilą. I tak jest z wami wszystkimi...

Oczekiwałem kiedyś, że ludzie docenią to co mam do zaoferowania. Sądziłem, że zarówno dobro jak i zło wyrządzone przez nas, do nas powraca z podwójną siłą. Teraz już tego nie jestem taki pewien. Nie ma Boga bo Bogami jesteśmy my sami. W bezczelny i arogancki sposób narzucamy innym własną filozofię życia. Stawiamy nakazy i zakazy tego co inni powinni, a czego nie powinni robić. Czujemy się bezkarni bo rzekomo na tą bezkarność sobie zasłużyliśmy, okupiliśmy ją krwią i potem. To co dla nas jest dobre niekoniecznie w odniesieniu co do drugiej osoby będzie dobrze konotować. Nie bierzemy odpowiedzialności chociażby za to co mówimy, bo to tylko słowa, słowa które rzucone są bezwiednie na wiatr, ale te właśnie słowa zaczynają się materializować i umoralniać. Łudziłem się, że takich jak ja jest wielu, którzy poszukują prawy i żyją w prawie w zgodzie z własnym sumieniem, ale to z czym przystało mi się zmierzyć jest bardziej wyrafinowane i bezduszne aniżeli myślałem. Jedno słowo jest tutaj kluczem... bezradność. Nigdy przedtem ani potem się tak nie czułem, obnażony i totalnie nagusieńki ze swoich ludzkich przyzwyczajeń. Codziennie odmawia mi się prawa do życia bo... jestem innej orientacji, bo... jestem ateistą, bo... jestem weganinem, bo... jestem wytatuowany, bo... mam kolczyki, bo... mam inny kolor brody i brwi, bo... noszę dresy, bo... jestem tylko i aż sobą...

Nigdy nie miałem na siebie planu ale też i nie miałem perspektyw na to by być kimkolwiek. Zawsze czułem się inny pod każdym względem od „innych”. Gdy zachorowałem wszystko się zmieniło i ja zacząłem patrzeć z innej perspektywy, z perspektywy człowieka który ponownie otarł się o śmierć. Wtedy kąt pod jakim padają słowa zaczyna się zmniejszać, z rozwartego staje się ostry. Mało dostrzegalne jest wszystko, a to co istotne dla zdrowych i „żywych” przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Ale do czego zmierzam... wypracowałem sobie wtedy własną filozofię życia i sposób w który będę się z ludźmi porozumiewał, na bazie czego będę w czas reagować na „ludzkie” zachowania i postępowania. Do tej pory nie mam w nawyku obgadywania kogoś za czyimiś plecami, jeśli kogoś nie ma nie podejmuję tematu bo skupiam się na tu obecnych. Traktuję innych tak, jak ja bym sam chciał być traktowany a jeśli ktoś złorzeczy naprętce ripostuję. Nienawidzę bycia dwulicowym i zakłamanym bo w te sam sposób inni postąpią ze mną z Tobą i z Tobą... Szanuję swój i kogoś czas bo można go w bardziej przyjemny sposób spożytkować. Nie daję trzeciej szansy a i zazwyczaj ludzie nie potrafią drugiej wykorzystać bo wtedy delikwent czuję się obnażony ze swoich wszystkich słabości a przyznać się do błędu jest tak ciężko. W swoich ocenach staram się też być bardzo obiektywnym i zdystansowanym, bo to co na pierwszy rzut oka wydaje się być oczywistym zazwyczaj staje się czymś z gruntu rzeczy innym. Zatem nie oceniam, nie krytykuję, nie dopytuję, nie poganiam, nie narzucam – wszystko robię na nie z ważnym wskazaniem na tak. Taki już jestem... mało w tym wszystkim obecny bo Wy mnie tego nauczyliście. Doprowadziliście mnie do tego, że stałem się Waszym cieniem, Waszym cholernym cieniem, który krok w krok będzie podążał i przypominał Wam to nie kim, a czym tak naprawdę jesteście.

Czeka nas wszystkich ten sam koniec, że wraz z bezradnością przyjdzie zobojętnienie, a wtedy i nasz własny cień odwróci się od nas plecami. Pozostawieni na pastwę losu poczujemy smak bycia samymi w samotności i nijacy w przeszywającej nicości zapomnienia, w czeluściach naszych zabobonnych skojarzeń. Staniemy się niewidzialni. Rzadko płaczę ale dzisiaj jest inaczej bo ronię łza po łzie ale nie nad moją niedolą ale nad Waszą przyszłą udręką. Opamiętajcie się w czas bo czasu jest niewiele i zacznijcie nad sobą pracować i wypracowywać to co uczyni z Was „ludzi” lepszej kategorii. Każdy ma prawo żyć po swojemu gdy nie narusza suwerenności i wolności innych. Zgotowaliście mi piekło na Ziemi zatem ja... nie mam się czego obawiać... Pytanie a zarazem odpowiedź nasuwa się sama jak Wy poradzicie sobie po przekroczeniu bram piekielnych... Ja tam na Was cierpliwie poczekam, bo jednego sobie nie mogę odmówić, to czego mnie nauczyliście - „owej” zasranej cierpliwości.


CDN.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

... ze śmiercią mi do twarzy ...

Wiele miesięcy temu odwiedziłem hospicjum, w którym urzędowałem wiele długich lat jako psycholog i specjalista w dziedzinie leczenia zaburzeń psychosomatycznych. Wówczas przebywałem na oddziale dziecięcym gdzie próbowałem zarówno podopiecznym jak i ich rodzinom "ulżyć" w cierpieniach i przygotować na najgorsze... z żalem i goryczą niezrozumienia po utracie tych najmłodszych, najbardziej bezradnych i nieskalanych jeszcze grzechem życia istot. Życie jest darem, najcenniejszym darem jaki mamy i powinniśmy to życie dzień po dniu celebrować tak jak my to potrafimy najpełniej i najskrupulatniej. Zapominamy też o jednym, tym co deprymuje i nadaje znaczący zwrot w naszym życiu jakim jest upływający czas. To on częstokroć działa na naszą niekorzyść bo nie potrafimy przekuć w atut to, że im starsi jesteśmy tym powinniśmy bardziej czerpać z życia, wyciągać wnioski ucząc się na własnych i cudzych błędach. Pracując w hospicjum musiałem nauczyć się wyłączać emocje i w sposób bardzo ...

... człowiek idzie przez życie tak, jak nosi głowę ...

-9- Kontynuując wszystko to co w poprzednim poście na końcu zaakcentowałem, chciałem kwestię mojego wizerunku rozwinąć i doprecyzować. Czy od zawsze miałem zamysł i plan na to jaki chcę być?... nie. Czy od zawsze chciałem wyglądać tak jak obecnie się prezentuję?... nie. Czy modyfikując się brałem pod uwagę negatywny rozgłos i rozdźwięk wypowiadanych przez innych słów?... nie. Czy brałem pod rozwagę i uwagę to, iż w parze z niecenzuralnymi słowami pójdą równie niecenzuralne czyny?... nie. Czy miałem pełną świadomość tego, jakie będą konsekwencje moich zmian?... nie. Czy brałem pełną odpowiedzialność za to kim/czym jestem i kim/czym chcę się stać?... nie. Czy od zawsze czułem się inny od reszty społeczeństwa???... tak. I to jedyne - tak - spośród wielu tych - nie - przeważyło szalę. Zadecydowało, że zmieniłem się nie do poznania ale nie tylko w sposób fizyczny - zewnętrzny ale też i psychiczny – wewnętrzny. Każda jedna zmiana niesie ze sobą ryzyko wykluczenia, a co za tym idzie i...

... bo niebo jest dla wszystkich, za to piekło dla wybranych ...

 -5- Ciągnąc dalej temat oszczędności i perypetii z tym związanych przed godziną 19stą obowiązkowo trzeba było się myć ale i to mycie nie należało do standardowych. W pierwszej kolejności do łazienki szła „Ona” - myła się w czystej, gorącej wodzie. Po „Niej” dopiero ja szedłem – myłem się już w wystudzonej i brudnej wodzie. Nie wiem jak Wy ale ja nawet pisząc to czuję obrzydzenie bo jak można kazać myć się komuś po kimś w momencie gdy ma się świadomość tego, że ktoś wcześniej mył w tej samej wodzie stopy, miejsca intymne, pachy itd. W tej samej też wodzie w wannie musiałem przepierać swoje i „Jej” rzeczy, które codziennie nosiłem bo pralka automatyczna tak dokładnie nie usunie zabrudzeń jak ręczne pranie. Jeśli dochodziło już do prania w pralce to nie w „automacie” a we „frani” bo opcjonalnie ta pierwsza za dużo wody i prądu „ciągnęła” i nie dopierała. Większej w życiu bzdury nie słyszałem ale za to słyszałem, że to nie mój dom więc i nie moje zasady i reguły, na swoim będę so...