Przejdź do głównej zawartości

... suka "Ona", kundel "On" ...

-6-

Zanim przejdę do kwestii samookaleczeń i związanych z tym komplikacji na gruncie nadwątlonej samooceny i nadszarpniętej samoakceptacji muszę wspomnieć o zwierzętach w naszym gospodarstwie domowym. Bardzo długo zajęło mi przekonanie „Ich” by mieć upragnionego zwierzaka w osobie psiaka, by móc kochać i czuć się kochanym Równie długo zajęło mi też, to by psa nie trzymać na łańcuchu a wybudować mu kojec. Po wielu latach jednak doszedłem to wniosku, że czasy niewolnictwa nie minęły tylko zmieniły formę - umilamy sobie czas i zapełniamy naszą samotność by przywiązywać do siebie zwierzęta, by czuć się odpowiedzialnym za kogoś zdrowie i życie, by w końcu ktoś bezinteresownie za nami podążał i był na nasze każde skinienie. Tak bardzo momentami czujemy się samotni, że zatracamy się w poczuciu beznadziei i zaczynamy mniej dawać aniżeli dostawać. Jak zawsze wybiegam myślami do przodu ale kwestia mojego weganizmu zostanie w późniejszych rozdziałach skrupulatnie opisana.

Można by spodziewać się, że pies w kojcu to mniejsze zło ale... wybudowanie kojca z drewnianych płyt które są niedostatecznie wysoko jest wielce nierozsądne i nieroztropne. Zwierzę po pewnym czasie znajdzie sposobność by wyrwać się spod jarzma, nieprzychylnego trzymającego w ryzach ogrodzenia i zacznie praktykować partyzantkę. I tu nasuwa się pytanie co się w dalszej kolejności robi... powinno się wybudować wyższe ogrodzenie ale jest łatwiejszy sposób... Pozostawia się ogrodzenie, a psa dodatkowo zakuwa w łańcuch. Nie dość że pies jest na łańcuchu to jeszcze ma ograniczone pole widzenia... takie „niepozorne” dożywotnie więzienie. Na niedomiar złego, w myśl zasady pies jest po to by szczekać ale w tych naszych polowych warunkach tylko „Ona” mogła szczekać bo zwierzę raz dwa było uciszane czy to tym że rzucano w niego wszystkim co znalazło się pod ręką czy też podchodzono i obkładano pięściami, kopano a skowyt i skomlenie nie robiło na „Nich” większego wrażenia. Na początku interweniowałem ale każda moja reakcja spotykała się z konsekwencjami w formie równie dotkliwych razów – broń własnej a nie cudzej skóry, notorycznie mi powtarzano. Tak bardzo wtedy chciałem aby choć na jeden dzień role się odwróciły, by poczuli to co ja czuję, a mianowicie wszechogarniającą niemoc i poczucie wielkiej niesprawiedliwości.

Zawsze też szczędzono na weterynarzach bo przecież to tylko zwierzę: przetrawi, wyrzyga, wysra i po sprawie. Czy można posunąć się dalej... oj można... Nie tylko nasz pies był zastraszany ale jeszcze tresowany był pies sąsiadów – duży i masywny Golden Retriwer, który z natury nie należał do najłagodniejszych ale pod naporem siły sugestii silniejszych od siebie ulegał i potulniał jak baranek. Punktem kulminacyjnym w tym wszystkim był pogłos jaki roznosił się podczas szczekania i pora nocna, która dodatkowo działając przekornie mnożyła do potęgi odczucie niewskazania i niepożądania. Rzekomo stary niedźwiedź mocno śpi, a my się go boimy i na palcach cicho chodzimy bo jak zbudzi się będzie bardzo zły. Na tyle „Jej” pomysłowość a co za tym idzie lenistwo w najczystszej postaci było wyrafinowane że wystarczył w późniejszej „fazie” tylko odgłos otwieranego skrzydła okna czy też wymowny sam gest zaciśniętej pięści by najlepszy przyjaciel człowieka wiedział gdzie jego miejsce. Zazwyczaj z oklapniętymi uszami, wbitym w ziemię wzrokiem i podwiniętym ogonem szukał miejsca gdzie złowrogi wzrok człowieczy go nie dosięgnie. I jak tu się dziwić, że wszystko musiało być pod „Jej” dyktando, a jakakolwiek forma niesubordynacji była już w zarodku niwelowana. Całkowite podporządkowanie niestety z czasem przynosi wymierne skutki bo bunt na pokładzie w końcu musi się zdarzyć i kat staje się ofiarą.

Przestrzegam wszystkich, że tolerowanie pewnych zachowań a co za tym idzie nieme przyzwolenie jest równie naganne co dopuszczanie się haniebnych czynów. Milczenie bywa równie wymowne co akty bezprawia, a często jest tak, że więcej zdoła się wymilczeć i przemilczeć aniżeli wykrzyczeć i przekrzyczeć. Bądźmy współodpowiedzialni za to co oswajamy i reagujmy na wszystko co spacza nasze poczucie braku bezpieczeństwa. Z wiekiem wszystko wydaje się bardziej klarowne i wymowne, a sposób w jaki zaczynam myśleć przybiera sekwencję cyfr naprzemianlegle zero jedynkowych bo tylko system zero jedynkowy nie pozwala na jakiekolwiek przejawy braku realnego obiektywizmu. Podobnie jest z patrzeniem na świat przez pryzmat różowych okularów, które zastąpiłem kolorem czarnym i białym a kolor szary pozostał tylko kolorem nadrzędnym w moim codziennym ubraniu. Adoptowanie dziecka czy adopcja zwierzęcia niczym szczególnym się od siebie nie różni bo mają wspólny mianownik jakim jest opiekun prawny w osobie homo sapiens i choć to takie oczywiste to coraz częściej nie przyznaję się do tej rasy.

Nie sposób nie wspomnieć tutaj o okresach w których bywało się chorym jako dziecko ale zawsze choroba wynikała według „Ich” mniemania z niedopilnowania co do odpowiedniej profilaktyki prozdrowotnej w postaci braku odzieży wierzchniej a w szczególności czapki, szalika, rękawiczek itd choć według mojej oceny częściej bywałem przegrzany bo zmuszany do ubierania się na „cebulkę” aniżeli niedogrzany. Byle powód zawsze się znalazł by na siłę wciskać we mnie całe główki czosnku by wyperswadować mi to iż bycie odpowiedzialnym polega m. in. na tym że się nie choruje... Szkoda było pieniędzy na antybiotyki i lekarzy bo domowe „mikstury” potrafiły wskrzesić umarłego. Nie brano pod uwagę w ogóle faktu, iż w szkole można zarazić się od rówieśników, że długotrwały stres może również upośledzać układ immunologiczny, a wtedy nasza odporność nie domaga. Zamiast zaopiekować się należycie chorym dzieckiem siłą pod naporem i naciskiem pięści wymierzanych miarowo w krtań, otwierano buzię i wlewano roztwór wody i soli kuchennej by przepłukiwać bolące i piekące gardło co wywoływało najczęściej torsje i bóle brzucha. Kaszel, biegunka, gorączka nie powinny mieć miejsca bo tylko nieudacznicy chorują i dają po sobie poznać, że coś niedobrego się z nimi dzieje.

Paradoks rodzi paradoks a w tym wszystkim najdziwniejsze jest to, że „Ona” pracowała lub pracuje w służbie zdrowia, a w odpowiedni sposób nie potrafiła przedłożyć to na kwestie codziennej opieki nad najbliższymi. Nabawiłem się w tym czasie również chronicznego wstrętu do igieł bo pobieranie przez „Nią” krwi u mnie zawsze kończyło się fiaskiem. Stres jaki przeżywałem był na tyle wielki , że po trzecim pod rząd wkłuciu w żyłę i nie możliwości pobrania krwi traciła cierpliwość. W napadzie szału zdarzyło się nawet raz złamać igłę. Skutki owych wkłuć były równie nieprzyjemne bo pojawiały się olbrzymie krwawe zasinienia obejmujące połowę ręki, które bardzo długo się utrzymywały. Owe zahartowanie tylko miało mi służyć by w życiu jak to ładnie nazywano nie być „pizdą”. O jednym zapomniano, tylko o jednym... że ja byłem tylko dzieckiem. Dzieckiem które jest momentami niesforne, nieodpowiedzialne, nierozumne. Miałem prawo do tego by popełniać błędy, miałem też prawo do tego by na własnych błędach się nie uczyć, bo miałem na to czas tzn inne dzieci miały na to czas, którego mnie bezpowrotnie pozbawiono. Ograbiono mnie tym samym z poczucia bycia beztroskim a co gorsza bezinteresownym.

Z czasem byłem na tyle inteligentny, że zacząłem przebijać ich argumenty własnymi trudnymi do skontrowania przemyśleniami, co często wybijało „Ich” z pantałyku. Chcąc być na siłę mądrymi skazujemy się na bezpowrotną banicję bo zdobyta wiedza to nie wykształcenie a doświadczenie i życiowa praktyka. Z dnia na dzień zacząłem się coraz to bardziej dusić we własnym sosie bo będąc skazanym na własne towarzystwo i taniec z własnymi myślami zaczynamy gubić kroki i tracić rytm. Nawet nie wiecie jak można o siebie zacząć źle myśleć i budować różne scenariusze na to by zakończyć dotychczasową mękę i przestać odpokutowywać za cudze grzechy i „niedomówienia”.
Tak bardzo jak „Ich” nienawidziłem jeszcze bardziej kląłem na wyznawanego przez „Nich” Boga. Boga który miał być w teorii miłosierny, sprawiedliwy i łaskawy, a który okazał się być pozerem i niczym nie znaczącym w moim życiu obserwatorem spraw zaprzeszłych.

Bóg – samookaleczenie – próba samobójcza to wszystko już wkrótce bo na tych tematach chciałbym na trochę dłużej niż zwykle przystanąć i zadumać się...


CDN.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

... ze śmiercią mi do twarzy ...

Wiele miesięcy temu odwiedziłem hospicjum, w którym urzędowałem wiele długich lat jako psycholog i specjalista w dziedzinie leczenia zaburzeń psychosomatycznych. Wówczas przebywałem na oddziale dziecięcym gdzie próbowałem zarówno podopiecznym jak i ich rodzinom "ulżyć" w cierpieniach i przygotować na najgorsze... z żalem i goryczą niezrozumienia po utracie tych najmłodszych, najbardziej bezradnych i nieskalanych jeszcze grzechem życia istot. Życie jest darem, najcenniejszym darem jaki mamy i powinniśmy to życie dzień po dniu celebrować tak jak my to potrafimy najpełniej i najskrupulatniej. Zapominamy też o jednym, tym co deprymuje i nadaje znaczący zwrot w naszym życiu jakim jest upływający czas. To on częstokroć działa na naszą niekorzyść bo nie potrafimy przekuć w atut to, że im starsi jesteśmy tym powinniśmy bardziej czerpać z życia, wyciągać wnioski ucząc się na własnych i cudzych błędach. Pracując w hospicjum musiałem nauczyć się wyłączać emocje i w sposób bardzo ...

... człowiek idzie przez życie tak, jak nosi głowę ...

-9- Kontynuując wszystko to co w poprzednim poście na końcu zaakcentowałem, chciałem kwestię mojego wizerunku rozwinąć i doprecyzować. Czy od zawsze miałem zamysł i plan na to jaki chcę być?... nie. Czy od zawsze chciałem wyglądać tak jak obecnie się prezentuję?... nie. Czy modyfikując się brałem pod uwagę negatywny rozgłos i rozdźwięk wypowiadanych przez innych słów?... nie. Czy brałem pod rozwagę i uwagę to, iż w parze z niecenzuralnymi słowami pójdą równie niecenzuralne czyny?... nie. Czy miałem pełną świadomość tego, jakie będą konsekwencje moich zmian?... nie. Czy brałem pełną odpowiedzialność za to kim/czym jestem i kim/czym chcę się stać?... nie. Czy od zawsze czułem się inny od reszty społeczeństwa???... tak. I to jedyne - tak - spośród wielu tych - nie - przeważyło szalę. Zadecydowało, że zmieniłem się nie do poznania ale nie tylko w sposób fizyczny - zewnętrzny ale też i psychiczny – wewnętrzny. Każda jedna zmiana niesie ze sobą ryzyko wykluczenia, a co za tym idzie i...

... bo niebo jest dla wszystkich, za to piekło dla wybranych ...

 -5- Ciągnąc dalej temat oszczędności i perypetii z tym związanych przed godziną 19stą obowiązkowo trzeba było się myć ale i to mycie nie należało do standardowych. W pierwszej kolejności do łazienki szła „Ona” - myła się w czystej, gorącej wodzie. Po „Niej” dopiero ja szedłem – myłem się już w wystudzonej i brudnej wodzie. Nie wiem jak Wy ale ja nawet pisząc to czuję obrzydzenie bo jak można kazać myć się komuś po kimś w momencie gdy ma się świadomość tego, że ktoś wcześniej mył w tej samej wodzie stopy, miejsca intymne, pachy itd. W tej samej też wodzie w wannie musiałem przepierać swoje i „Jej” rzeczy, które codziennie nosiłem bo pralka automatyczna tak dokładnie nie usunie zabrudzeń jak ręczne pranie. Jeśli dochodziło już do prania w pralce to nie w „automacie” a we „frani” bo opcjonalnie ta pierwsza za dużo wody i prądu „ciągnęła” i nie dopierała. Większej w życiu bzdury nie słyszałem ale za to słyszałem, że to nie mój dom więc i nie moje zasady i reguły, na swoim będę so...