-4-
Status materialny rodziny nie był zły,
nawet rzecz można by było, że prosperował na bardzo dobrym
poziomie ale kwestia oszczędzania na wszystkim w pewnym momencie
wymknęła się spod kontroli. Ograniczenia dotyczyły każdej strefy
życia, nawet w kwestii jedzenia... bo jak rozumieć fakt, że
zamiast dwóch plasterków sera na kanapce można tylko
było jeden i to bardzo cienki sobie ukroić – podobnie sytuacja
miała się co do innych form obkładu na chleb łącznie ze
„smarowaniem”. Pory spożywania posiłków w domu były
ściśle określone i trzeba było się ich kurczowo trzymać. Tak
więc często szedłem spać głodny bo grożono mi niejednokrotnie,
że moment otwierania lodówki równoznaczny będzie z
ujebaniem rąk przy samej dupie. Słodycze najczęściej przewidziane
były w weekend, w „bardzo” racjonalnych ilościach i to z
perspektywy czasu bardzo mi się podoba ale już mniej, że samemu
się nie przestrzega pewnych reguł żywieniowych. Zamykanie się w
pokoju przed dziećmi i w ukryciu w ciągu tygodnia spożywanie
nieznanej marki i ilości słodycze nie jest fair, bo jednak szelest
rozwijanych papierków roznosi się po pomieszczeniach.
Zacząłem pod „Jej” nieobecność podbierać słodkości tak by
nie było to zauważalne. Po pewnym jednak czasie słodycze jak i
inne produkty żywieniowe były pokątnie chowane przed domownikami
bo przecież coś na „czarną godzinę” musiało być. Muszę się
do czegoś przyznać by zaspokoić ciekawość zdarzało mi się
grzebać w koszu na śmieci by choć wzrokowo zaspokoić swój
niespożyty apetyt na łakocie. To samo robiłem łapiąc się na tym
często, że wchodząc do sklepu wpatrywałem się dłuższą chwilę
na regały z ciastkami, cukierkami, gumami, żelkami itd.
Kurczowo nie trzymałbym się tego
gdybym miał co miesiąc swoje jakieś „zaskórniaki” w
formie kieszonkowego ale zawsze na moją prośbę zdawkowo
odpowiadano, że o co zechcę to mogę zapytać, a moja prośba
zostanie uwzględniona... (decyzją sądu najwyższego skazuję pana
na dożywotnią banicję... ooo takie było rozstrzygnięcie mojej
„wyuzdanej” prośby). Zawsze argumentowano to tym, że mam
wszystko w domu i nic poza tym mi nie potrzeba. Sytuacja z goła
rzeczy była bardziej skomplikowana i niezrozumiała bo jak można
zabierać dziecku pieniądze, które dostało od dziadków
argumentując to z kolei tym, że moje ubrania, buty, szkoła itd.
kosztują.
Pozostawało mi tylko pochodzić po
kolegach i koleżankach na przerwach w szkole i jak to się zwykło
mówić „sępić” by uszczknąć choć kawałek chipsa,
paluszka, cukierka. Rówieśnicy śmiali się ze mnie a nawet
rzucali we mnie resztą wydawaną w szkolnym sklepiku bym sobie
uzbierał do kolejnej paczki ulubionych gum do żucia. Przyzwyczaiłem
się do tego widoku i z czasem nie robiło to na mnie większego
wrażenia a co zjedzone to moje.
Niezależnie od tego na jaką godzinę
szedłem do szkoły musiałem wraz z „Nią” wcześnie rano ok 6ej
wstać, pościelić „Jej” łóżko, zaparzyć „Jej”
herbatę, uszykować „Jej” śniadanie. Wszystko było robione pod
„Jej” dyktando. Nie miałem czasu nawet na poranną toaletę.
Chodziłem jak w letargu jakby ktoś mnie zaprogramował. Wychodziłem
z domu niemalże tak jak wstałem. Przy każdej czynności trzęsły
mi się ręce bo nie widziałem z której strony mogę oberwać
od tak za „Jej” widzi mi się. Wiem, wiem... bardzo nadużywam
słowa „Jej” ale inne słowo nie przychodzi mi na myśl. Rola
„Ojca ” w wielu kwestiach była wykluczona ale to wyjaśnię w
dalszym przewodzie mojej opowieści.
Nie tylko temat jedzenia należał do
kontrowersyjnych ale sama kwestia spożywania posiłków przy
jednym stole dawała wiele do życzenia. Aby odreagować narastający
wewnątrz niepokój nabawiłem się nawyku obgryzania paznokci
czego w bardzo dużej mierze nie tolerowała „Ona”. Wyrobiłem w
sobie mechanizm obronny by w jak najmniejszej mierze operować
palcami obnażając swoją „nadwątloną” płytkę paznokcia.
Kiedy uznała, że płytka paznokcia nie rośnie wystarczająco
szybko to w perfidny sposób gryzła do krwi palce lub w
bardziej wysublimowany sposób wykorzystując to iż siedzę z
„Nią” przy wspólnym stole obok „Niej” kazała całą
dłoń kłaść na blat stołu kuchennego i wbijała w nie widelec.
Zawsze przy tego typu czynnościach towarzyszył „Jej” ten sam
wyraz twarzy zimnej suki – tak jakby odczuwała przyjemność z
tego, że może sprawić komuś przykrość, połechtać swoje
nadwątlone, zbolałe z zepsucia ego. Wyrządzając komuś krzywdę
nie odczuwała żadnych wyrzutów sumienia i nie czuła się
też w obowiązku by daną krzywdę czymkolwiek zrekompensować.
Wspólne spożywanie posiłków też miało jeden
negatywny wydźwięk, a mianowicie wielokrotnie zdarzyło się, że
napluto mi do talerza i co by się nie działo nigdy nie dokończyłem
jedzenia bo tym samym jeszcze bardziej bym się upodlił. Powody jak
zawsze były błahe bo... stuknąłem za bardzo sztućcem o talerz
lub o zęby, bo...zdarzyło mi się mlasnąć, siorbnąć, zachłysnąć
się. Wszystko robiła na jednym wdechu tak jakby sama siebie
przekonywała co do słuszności podejmowanych przez siebie decyzji,
nie zdając sobie nawet sprawy jak bardzo to upokarzające jest nie
tylko dla mnie i dla „Niej” samej. W takich momentach nie wiecie
jak bardzo chciałbym aby jedno ze sztućców rozerwało jej
krtań... by choć na chwilę zamieniła się ze mną miejscami i
poczuła to co ja czuję.
Od zawsze zarzucano mi, że łagodnie
rzecz ujmując niegustownie się ubieram ale i w tej kwestii nie
miałem wiele do powiedzenia bo i ta sfera napiętnowana była sporym
deficytem budżetowym. Ubierano mnie w second handach i na bazarach.
Nie ubolewał bym nad tym gdybym nie musiał zgadzać się z każdym
„Jej” wyborem. Jednym słowem mając naście lat wyglądałem i
czułem jakbym połknął własnego dziadka i odziedziczył po nim
nie tylko jego ubrania ale i styl ubierania się. Śmiano się ze
mnie w szkole i poza nią, że noszę rzeczy po swoim „starszym
bracie” choć go nie miałem. Ponoć nieszczęścia chodzą parami
a właściwie stopami bo wiecznie musiałem podwijać palce bo
noszone przeze mnie buty zawsze były o rozmiar za małe. Argument że
stopa mi rośnie nie był wystarczającym argumentem przemawiający
za tym by kupić kolejną parę butów bo obecna jest jeszcze
niedostatecznie znoszona. Może to wydawać się dziwne ale dopiero
teraz zauważam takie szczegóły, dlaczego... opuszki palców
stóp mi się często odparzały, dlaczego... obcinałem tak
krótko paznokcie... by zniwelować do minimum odczucie
dyskomfortu w stopie.
Im więcej piszę tym więcej
szczegółów z mojego życia mi się przypomina i tym
częściej zaczynam miewać koszmary. Budzę się wtedy spocony z
dreszczami na całym ciele ale już nie płaczę choć krzyczę
wewnętrznie. Przypomina mi się sytuacja, która choć
wielokrotnie się przewijała w moim nader „ubogaconym” życiu
ale ten pierwszy raz bywa bardzo stygmatyzujący. Wielokrotnie kazano
mi wybrać pozycję, narzędzie tortur i częstotliwość zadawanych
ciosów. Jak myślicie jak się wtedy czułem... jakby
dokonywał samobiczowania z jednoczesnym skutkiem samookaleczenia
się. Na tyle byli „Oni” w swojej wygodzie wyrafinowani, że i w
tej sferze obarczali mnie odpowiedzialnością i ewentualnymi
konsekwencjami. Zazwyczaj jednak podwajali ilość i częstotliwość
zadawanych razów. Czekałem tylko gdy sam będę musiał
wymierzać je sobie równocześnie patrząc przy tym „Im”
głęboko w oczy. Na moje szczęście a na ich nieszczęście nie
doczekali tego emocjonującego momentu bo nie dałem im szansy
wykazać się i w tej materii.
Zawsze ale nie dosłownie nadstawiałem
drugi policzek bo inaczej nie umiałem bo nie pokazano mi że można
inaczej. I naszedł taki dzień gdy dosłownie nadstawiłem drugi
policzek a nawet i trzeci... Będąc na skraju załamania nerwowego
kiedy uderzyła mnie z otartej dłoni w twarz, poprosiłem by
uczyniła to jeszcze raz i bez skrępowania uderzyła po raz drugi...
Na co ja ponowie zapytałem czy uczyni to po raz trzeci i ponownie
bez zbędnej krępacji uczyniła co miła uczynić. Kolejne razy
wyglądały podobnie i choć ból przybierał na sile bo
biżuteria którą miała na palcach co raz to dotkliwiej
odznaczała się na moich zwichrowanych policzkach, nie miało to
większego znaczenia. Ustąpiła dopiero w momencie gdy zmęczenie w
widoczny sposób dało się jej we znaki akcentując to lekką
zadyszką. Miałem satysfakcję z tego, że po raz pierwszy to nie
„Ona” a ja górowałem nad „Nią”. To był początek
wielkich i spektakularnych zmian o których nie omieszkam
wspomnieć w kolejnych rozdziałach mojej książki życia.
CDN.
Komentarze
Prześlij komentarz