-9-
Kontynuując wszystko to co w
poprzednim poście na końcu zaakcentowałem, chciałem kwestię
mojego wizerunku rozwinąć i doprecyzować. Czy od zawsze miałem
zamysł i plan na to jaki chcę być?... nie. Czy od zawsze chciałem
wyglądać tak jak obecnie się prezentuję?... nie. Czy modyfikując
się brałem pod uwagę negatywny rozgłos i rozdźwięk
wypowiadanych przez innych słów?... nie. Czy brałem pod rozwagę i uwagę to, iż w parze z niecenzuralnymi słowami pójdą równie niecenzuralne czyny?... nie. Czy miałem pełną
świadomość tego, jakie będą konsekwencje moich zmian?... nie. Czy
brałem pełną odpowiedzialność za to kim/czym jestem i kim/czym
chcę się stać?... nie. Czy od zawsze czułem się inny od reszty
społeczeństwa???... tak. I to jedyne - tak - spośród wielu tych -
nie - przeważyło szalę. Zadecydowało, że zmieniłem się nie do
poznania ale nie tylko w sposób fizyczny - zewnętrzny ale też
i psychiczny – wewnętrzny. Każda jedna zmiana niesie ze sobą
ryzyko wykluczenia, a co za tym idzie i osamotnienia. Nie można
oczekiwać od przeważającej większości, że zrozumieją mój
tok myślenia i postrzegania świata. Nie można też przewidzieć
konsekwencji i wymagać ode mnie prewencji w kwestii zapobiegania
ewentualnym perturbacjom tychże zmian. Bo... to, że jestem o krok
przed innymi, którzy depczą mi po piętach, nie znaczy że
umiem cofnąć się w czasie i zminimalizować ryzyko poniesionych
ran. Ta myśl we mnie dojrzewała ale by to mogło nastąpić
musiałem najpierw cofnąć się i w samotności dogorywać. Zawsze
tak jest, żeby coś mieć trzeba coś najprzód stracić i
zatracić się w niebycie.
Ja straciłem wszystko, nic mi nie
pozostało, nawet zaprzedałem duszę diabłu by móc jak
feniks odrodzić się z popiołów. Wszystko ma jednak swoją
cenę, nie ma nic za darmo. Z człowieka zastraszonego, pogubionego,
zbałamuconego, zdezorientowanego, zakompleksionego,
zaambarasowanego, skonsternowanego, skonfundowanego i
nieustabilizowanego stałem się pewnym siebie, aroganckim,
buńczucznym, impertynenckim, pyszałkowatym, próżnym,
apodyktycznym, zhardziałym i zarozumiałym mężczyzną. Nie
pozostało nic z poprzedniego mnie, poszła w zapomnienie moja
cierpliwość, opanowanie, powściągliwość, dobrotliwość,
litościwość, tkliwość, delikatność, przyzwoitość, gościnność
i wrażliwość. Stałem się kowalem własnego losu i Panem własnego
życia. Mam nad nim pełną kontrolę i tylko ja uzurpuję sobie
prawo do tego by wprowadzać jakiekolwiek w nim zmiany i ulepszenia.
Nigdy nie paliłem za sobą mostów ale z czasem człowiek
zaczyna dojrzewać i przekonywać się, że staje się hardy,
zuchwały i nieposłuszny, a to nieodzowny element w całym procesie
samodoskonalenia. Gdy przestaje się współodczuwać zaczyna
się prawdziwie czuć, głęboko oddychając czuje się mięśnie klatki piersiowej. Nie ma wtedy
miejsca na tkliwość serca, które już dawno uległo
strawieniu, i w żyłach zamiast krwi zaczyna krążyć kwas.
Patogeniczny, toksyczny, destrukcyjny i śmiercionośny się stałem.
Tak mi jest łatwiej, tak jest wygodniej, tak jest bezpieczniej.
Pewnie nie stałbym się tym kim jestem
gdyby nie fakt, że będąc na samym dnie odgrodzonym przez bezmiar
czterech ścian jedynym moim sprzymierzeńcem było lustro. To jedyny
mebel w pokoju bez drzwi i okien. Nadtrawione zębem czasu osadzone w
mosiężnej ramie czekało cierpliwie na swoją kolej. Ono jako
jedyne nie przekoloryzowywało i nie przekłamywało tego co w jego
chłodnym, zdystansowanym i szklanym odbiciu się ukazywało. Na
początku spoglądając w nie, nie rozpoznałem własnego odbicia. Z
czasem jednak zacząłem dostrzegać kontur postaci. Tak bardzo
chciałem siebie ujrzeć w pełnej krasie i okazałości z głową
wysoko podniesioną ku górze przepełniony dumą i brakiem
uprzedzenia co do własnej osoby ale... gdy już przed moimi oczami
ukazała się cała sylwetka, znienawidziłem siebie. Byłem taki
ludzki...., a w tej swojej ludzkiej uniżoności taki słaby i niby nijaki. Byłem jednym z wielu, klonem który
ślepo podążał za tłumem mu podobnych i który chciałby się
przypodobać wielu. Tak jak siebie nienawidziłem wcześniej za to ze
jestem człowiekiem tak zacząłem od nowa siebie odkrywać i
pokochałem swoją nową nieludzką odsłonę. Bez świadczenia nieprawdy, bez nawyku czynienia czegokolwiek wbrew własnej woli było mi po prostu łatwiej. Im mniej ludzki się
stawałem tym lepiej poznawałem znaczenie pojęcia człowieczy,
które wyparte zostało przez ogólne zezwierzęcenie.
Dotąd wbijano mi do głowy
stereotypowość myślenia bycia mainstream'owym. Zawsze kojarzono
mnie z bujną i ciemną brodą, wypielęgnowanymi i przyciętymi
brwiami, zdrową i śniadą cerą, zielonookim i przenikającym
spojrzeniem, ponętnymi i soczystymi ustami. Teraz zgoła wyglądam
inaczej... Moja skóra przyodziała się w kolor grafitowy,
usta równie grafitowe przybrały na objętości, białko oka
sczerniało a rzęsy je okalające wydłużyły się, elfie uszy nie
przypominały też ludzkich. Dzisiaj nastał też dzień, w którym
zgoliłem brwi i brodę by odbiec znacząco od tego co jest
wyznacznikiem bycia męskim. Nie chcę być przypisywanym do
konkretnej rasy, płci, religii. Nie chcę też by oceniano mnie
przez pryzmat bycia pięknym czy też odrażającym. Nie zależy mi
na bogactwie i splendorze sławy. Inteligencję utożsamiam z
mądrością życiową bo jako człowiek błyskotliwie oczytany i
logicznie myślący wypieram mądrość która ma swoje podłoże
w zdobytej wiedzy i wyuczonym zawodzie. Jakiemukolwiek systemowi,
który narzuca mi cokolwiek mówię kategorycznie nie.
Jakże mało praktyczne są też przejawy szacunku, akceptacji i
tolerancji. Na co komu puste frazesy. Żyję dla siebie i na przekór
innym. Nie będę też się przed innymi korzyć. Nie dam o sobie
zapomnieć i na ustach wielu będę. Potępiony przez ludzi,
doceniony przez samego szatana, bo w piekle jest wasze miejsce tak
jak wy na ziemi zgotowaliście mi własne piekło.
To Wy... wyznaczacie granice
wszystkiego i macie monopol na wszystko. Czynicie drugim co wam
niemiłe i oczekujecie na każdym kroku rozgrzeszenia swoich niecnych
występków. Ukrywacie się pod zasłoną bycia fałszywie
skromnymi, wrażliwymi i dobrymi. Kontrolowanie, nadzorowanie i
monitorowanie weszło wam w krew. Łatwiej jest kierować
zmanipulowanym społeczeństwem bo ludzie lubią być pod kogoś
jurysdykcją, kuratelą i opieką. Lubią być sterowanymi bo wtedy
ma się namiastkę poczucia bezpieczeństwa. Wtedy też odczuwa się
komfort bycia „akceptowalniejszym” bo ktoś inny bierze za ciebie
pełną odpowiedzialność i decyzyjność podejmowanych pod naporem
innych postanowień. Wszystko co jest inne zaczyna drażnić,
irytować i denerwować. Nie można mówić, nie można myśleć,
nawet nie można oddychać w nietakt grającej muzyki zowiącej się
reżimem ludzi słabej wiary w siebie.
Życie jest iluzją. Jest płynem
wlewanym do różnych naczyń naszych odczuć. Życie samo w
sobie nie istnieje w odosobnieniu. Jest nieistniejącą materią
powoływaną do życia przez definiowanie naszych uczuć. Życie jest
spełnianiem pragnień, żądzy, zatapianiem się w uczuciach,
których chcielibyśmy doświadczać. Życie jest gonitwą za
tym co określamy ‘życiem’ i ucieczką od niego samego. Jednak
ten bieg do niczego nie prowadzi. Ciągle odkrywamy na nowo, że
miłość, pokój, przyjaźń i szczęście nie istnieją. Są
tylko wytworami naszego nazewnictwa. Dlatego uciekamy. Dlatego
uciekamy od cywilizacji, która nas chroni i która nas
niszczy. Życie nie istnieje. Po prostu. Moralność nie istnieje. Po
prostu. My ją tworzymy własnymi myślami i pragnieniami. Kiedy
dwoje ludzi zakochuje się w sobie? Wtedy, gdy obydwoje jednocześnie
stwierdzą: ‘To jest miłość’. Kiedy jedno z nich rezygnuje z
życia w tej wykreowanej przez siebie iluzji, wszystko się sypie.
Mury ‘zawsze i nigdy’ pękają i wali się to idealne miasto
miłości. A kiedy zdajemy sobie sprawę, że już za późno
by kochać, że szczęście i miłość nas opuściły, tak właśnie
się dzieje. Gdyż tworzymy własny surrealny świat swoją własną
chorą iluzją.
Jesteśmy cząstką wszechświata i
własnym światem, który pragniemy doświadczać i którego
nienawidzimy za jego nieobliczalność. Pragniemy przeżywać,
penetrować, odkrywać prawdę o ludzkości uciekając jednocześnie
od społeczeństwa. Człowiek nie może być sobą nie będąc
samotnym. Człowiek nie może być sobą bez innych. Człowiek. Tak
jak życie jest płynną substancją na przestrzeni wieków
wlewaną do różnych naczyń czasu. Od wieków szuka on
prawdy o świecie, ginąc za bzdury, gdyż prawda o świecie jest
największym kłamstwem wszech czasów. Kłamstwem o istnieniu,
którego nie ma i nigdy nie było.
Jedno jest pewne, że nie można być
niczego pewnym. Więc żyję zawracając rzeki bieg i zahaczając o
kosmos. Sekund, minut, godzin, dni i lat już nie liczę, tak jak przestałem liczyć gwiazdy na nieboskłonie. Czas stał
się pojęciem względnym podobnie jak my jesteśmy w swojej głupocie
bezużyteczni. Każdy z nas w końcu umrze, niezależnie od tego jakim się jest: biednym- bogatym, głupim - mądrym, brzydkim - pięknym, potępionym - uwielbionym, zapomnianym - wysławianym. Teraźniejsza pamięć w
końcu wymaże ślad wczorajszego naszego tchnienia. Będzie tak jak
byśmy się nigdy nie narodzili bo nigdy nie umarliśmy...
CDN.
Co za bełkot. Błyskotliwie odczytany człowieku.
OdpowiedzUsuń