Przejdź do głównej zawartości

... jest tylko dzisiaj, nie ma jutra bo jutro będzie dziś ...

-8-

Kolejny wpis... a ja ponownie w tym samym miejscu tylko, że nieco w innej pozycji. Czuję się jakbym ważył dwa razy więcej aniżeli wskazuje na to pomiar wagi. Tony nieprzebranych, zalegających i gnijących śmieci już od częściowo nadtrawionych myśli ciążą mi niemiłosiernie. Mięśnie zastałe, podkurczone nogi, ręce złożone w gest modlitewny, głowa w pozycji lewego półprofilu z widocznym na wpół lewym uchem, kręgosłup nienaturalnie wygięty w kształt litery S. Pot się ze mnie leje, do tego stopnia, że zaczynam się nim dławić łapiąc coraz to większe hausty przesyconego dwutlenkiem węgla powietrza. Bardzo wymownie kontrastuje to ze suchością warg, których spękana powierzchnia domaga się końca pory suchej, a jednocześnie wyczekuje pory deszczowej. Zakryty pod samą szyję zwinięty w rulon kołdrą próbuję odnaleźć dla siebie najwygodniejszą pozę. Przybrawszy pozę embrionalną wyczekuje i nasłuchuje wpatrzony w brudną futrynę okienną tego co przyniesie mi kolejny dzień. Tak... ja też miewam takie dni, że nie chce się wychodzić z łóżka a co dopiero z domu. Wtedy staję się więźniem własnego ciała, pozamykany w klaustrofobicznym pokoju czterech ścian. Oblężony ze wszystkich stron fortecą, której mury sięgają aż pod sam wierzchołek nieba, snuję przypuszczenia co do dalszych podejmowanych przeze mnie decyzji. Niedbale i jakby trochę przekornie spoglądam na świat, który rysuje się przygaszonymi, spłowiałymi barwami. Ogołocone z listowia korony drzew nawet zdają się krzyczeć tym co wcześniej zostało niedopowiedziane. Co jakiś czas wyłania się z mglistej otchłani niesione przez echo wczorajszego dnia „skowyt” kruczoczarnych skrzydeł.

Niebo spowiła gruba warstwa deszczowych chmur. Są one na tyle nisko zawieszone, że można je jeść garściami niczym watę cukrową. Zasłona dymna jest tak gęsta, że można by ją ciąć kawałek po kawałku nożyczkami. Smutny widok za oknem się rysuje bo w oddali na horyzoncie smutni ludzie spowici do połowy wszechogarniającą mgłą. Dostrzegam tylko niewyraźny kontur ich postaci i chwiejny chód pod naporem jakiego snują się jak żywe zombie. Z minuty na minutę chodniki zapełniają się ową cuchnącą i ziejącą nienawiścią do siebie hordą wygłodniałych padlinożerców. Są tak sztucznie nienaturalni, rzec by można, że zaprogramowani na krótki program bez namaczania z szybkim wirowaniem.

W prawym górnym rogu okna skropliła się para wodna, za przyczyną której spadające krople wody po szybie stworzyły przepiękną mozaikę. Co rusz jedna spadająca ospale kapka wkomponowuję się w drugą tworząc tym samym strumienie łez. Niesamowicie skrząc się przy tym do złudzenia przypominają rwące potoki. Co dziwniejsze dostrzegalna jest w załamaniach kropel tęcza mieniąca się paletą barw. Powstały witraż obrazuje silnie skrajne emocje rysujące się na moim mocno pofałdowanym, wysokim czole. Taki połamany widok w siną dal mi odpowiada bo takie też jest moje podruzgotane postrzeganie zastanej zaspanej rzeczywistości.

Zaczęło padać... kropla jedna po drugiej przepychają się by z impetem upaść na czarny oszroniony od sadzy parapet. Smugi czarnego smolistego dymu wydobywającego się z równie przebrzydłych kominów przegrywają z potęgą wiatru który zmaga się z sekundy na sekundę i zmusza je by pod jego naporem okalały pobliskie budynki. Pomimo iż za oknem istny armagedon ja upajam się takim stanem pogody, jak również widokiem ludzi, którzy miękną i poddają się bez walki, sprowadzeni do parteru, gdy trzeba stawić czoła komuś/czemuś co jest w rzeczy samej silniejsze i potężniejsze. Deszcz zaczyna coraz to bardziej zacinać w coraz to bardziej impertynencki sposób zaznaczając swoją nieprzezwyciężoną pozycję i nader kapryśny charakter. Widoczność diametralnie zmniejszyła się z kilkuset do paru metrów i tylko dostrzegalna jest jasna, wodna zasłona kontrastująca z ciemną kurtyną nieba. Słychać delikatny łoskot dudnienia przeplatany miarowym stukotem. Tym razem bawi mnie widok uciekających w popłochu ludzi i szukających jakiekolwiek schronienia przed nieprzewidywalnym ale i życiodajnym żywiołem. Myślę sobie: to tylko deszcz, czy jesteśmy faktycznie z cukru...

Nie zastawiając się ani minuty dłużej wyszedłem z mieszkania tak jak byłem ubrany. A ubrany byłem tak jak na mnie to przystało skromnie bo w półnago. Nigdy nie dbałem o to by rzeczy tonami na mnie zalegały. Wolałem się rozbierać aniżeli ubierać. Nie obchodziło mnie na ten moment czy właściwym będzie wychodzić w ulewę roznegliżowanym czy też przyodzianym i opatulonym po sam nos... przyświecał mi z goła inszy cel.

Nigdy nie czułem się nagi bo obleczony byłem w swoją bezpruderyjną nagość. Niefrasobliwi ludzie w sposób nader niefrasobliwy podchodzą do nagości bo z tyłu głowy zawsze mają swoje bogobojne przekonania. A wstydzimy się z natury tego co sami sobie na co dzień narzucająco wmawiamy. Jako że obcujemy sami z sobą dwadzieścia cztery godziny na dobę powinniśmy z widokiem naszego ciała się oswoić, zaakceptować lub zmienić to co wymaga korekty i w pewnej mierze dopracowania. Nie identyfikując się z sobą zaprzeczmy istnienia samych siebie. Jesteśmy piękni i nie sztuką jest być pięknym dla innych ale dostrzegać piękno w sobie, we własnym lustrzanym odbiciu. Moje akurat poczucie piękna wiąże się z brzydotą, bo to co dla innych niekompletne, wybrakowane, zdezelowane, sfatygowane, wyświechtane, pokancerowane dla mnie jest nieodzownym elementem całości na którą my się składamy. Nie ma kanonów piękna, są tylko kanony brzydoty narzucane przez nas samych. Oryginalność - nietuzinkowość, nieszablonowość, nieschematyczność, niestereotypowość, niepowszedniość to wyznacznik mojej wynaturzonej kreatywności w pięknym byciu sobą.

Naprędce wyszedłem z mieszkania jakby ktoś mnie gonił. Mijający mnie na schodach ludzie przybierali dziwne pozy w geście dezaprobaty. Jedni stali i patrzyli się jakby w życiu człowieka nie widzieli, drudzy wręcz przeciwnie próbowali dorównać mi kroku zbiegając po równi pochyłej schodów. Pokonując kolejne stopnie czułem się jakbym zbliżał się do mety a wszyscy inni byli daleko za moimi plecami. Zdyszany, zziajany i zasapany wbiegłem na klatkę i dopiero tam zauważyłem, że jestem boso ale na co komu buty to tylko dodatkowy balast ciążącej mi od jakiegoś czasu siły grawitacji.

Pomimo iż pogoda nie była sprzyjająca jak na tą porę roku to było wyjątkowo ciepło, a przynajmniej mi się tak wydawało. Pokonawszy barierę drzwi moim oczom ukazał się piękny widok, widok opustoszałych ulic. Gdzieniegdzie tylko słychać było odgłosy nawołujących się ludzi. Wartkim ciurkiem tworzące się strumienie deszczówki znajdowały swoje ujście w kratkach kanalizacyjnych. Stworzyła się jednolita tafla jeziora, w której widać było obicie mknących po niebie i okazujących niezadowolenie chmur. Nastał moment bezwzględnej ciszy i w tym też momencie czas jakby spowolnił. Pojedyncze krople wody uderzały z rozmachem i impetem o powierzchnię tworzących się w zagłębieniach na chodniku gigantycznych sadzawek. Nawet nie wiecie jakie to wspaniałe uczucie boso brodzić po kałużach.

Po raz pierwszy poczułem się jak dziecko, któremu przemocą nie odebrano to co powinno być najważniejsze w dzieciństwie czyli beztroski. Choć to może wydawać się nieco infantylne ale moja radość wynikała też z tego, że mogłem pozwolić sobie na komfort bycia sobą. To że nikt nad głową mi nie stoi jak kat, gotowy ściąć głowę za byle przewinienie. Nie przejmowałem się tym czy mankiet od rękawa będzie pobrudzony a kołnierzyk wygnieciony, czy w kolanach spodnie nie będą wytarte a czubek buta za mało wypolerowany. Gdyby tego było jeszcze mało położyłem się plackiem na betonowych płytach chodnika a krople deszczu okalały moją twarz. Wzniosłem dziękczynne spojrzenie ku niebu by w wymowny sposób niemo podziękować. Dawno już za nic nie dziękowałem... Nie nauczono mnie zarówno dziękować jak i oczekiwać od kogokolwiek jakiejkolwiek pomocy.

Niezależność i zaradność, brak asekuracji i prewencji, branie pełnej odpowiedzialności za ryzykowne decyzje i konsekwencje tychże czynów - to właśnie mnie określa, że sam sobie umiem podetrzeć tyłek i nie potrzebuję po tego jakiejkolwiek i kogokolwiek asysty. Gdybym wyszedł z siebie i stanął obok to zapewne przyjąłbym, że zachowanie tego człowieka jest nieracjonalne czy też niewłaściwe. Mało mnie to tak naprawdę obchodziło co powiedzą inni. Byłem ja i ten moment, który zapamiętam do końca życia. Tyle lat pozamykany i odseparowany, a tyle dobrego jest na wyciągnięcie ręki. Właśnie... wystarczy tylko wyciągnąć dłoń by mieć to co się (ze)chce. Dopiero gdy deszcz przestał intensywnie zacinać wstałem ale już nie ten sam. Zrodzony z innej gliny i na nie-ludzkie podobieństwo. Odczułem wreszcie ulgę tego, że to ja... nie jestem „innym”, a „inni” są ci wszyscy dookoła mnie, którzy na siłę próbują się unormalnić. Otworzyłem szeroko wcześniej pozamykane i zaślepione cudzym jestestwem oczy i dostrzegłem zieloną szafirową odsłonę własnych źrenic. Stąd też ta moja obecna zmiana wizerunku ale o tym wspomnę w kolejnej odsłonie mojego bloga. Jest tylko dzisiaj, nie ma jutra bo jutro będzie dziś...


CDN.

Komentarze

  1. Marzę o takiej "przemianie". Wiecznie czuję się że sobą źle, brak mi pewnosci siebie, chciałabym się wygadać ale nie ufam nikomu na tyle by powiedzieć wszystko, może wtedy byłoby mi lżej. Doswiadczylam wielu przykrości być może dlatego. Inponujesz mi, bardzo. Chcę być najlepszą wersja siebie, mam nadzieję,że kiedys sie uda.
    P.S: pięknie piszesz...

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

... ze śmiercią mi do twarzy ...

Wiele miesięcy temu odwiedziłem hospicjum, w którym urzędowałem wiele długich lat jako psycholog i specjalista w dziedzinie leczenia zaburzeń psychosomatycznych. Wówczas przebywałem na oddziale dziecięcym gdzie próbowałem zarówno podopiecznym jak i ich rodzinom "ulżyć" w cierpieniach i przygotować na najgorsze... z żalem i goryczą niezrozumienia po utracie tych najmłodszych, najbardziej bezradnych i nieskalanych jeszcze grzechem życia istot. Życie jest darem, najcenniejszym darem jaki mamy i powinniśmy to życie dzień po dniu celebrować tak jak my to potrafimy najpełniej i najskrupulatniej. Zapominamy też o jednym, tym co deprymuje i nadaje znaczący zwrot w naszym życiu jakim jest upływający czas. To on częstokroć działa na naszą niekorzyść bo nie potrafimy przekuć w atut to, że im starsi jesteśmy tym powinniśmy bardziej czerpać z życia, wyciągać wnioski ucząc się na własnych i cudzych błędach. Pracując w hospicjum musiałem nauczyć się wyłączać emocje i w sposób bardzo ...

... człowiek idzie przez życie tak, jak nosi głowę ...

-9- Kontynuując wszystko to co w poprzednim poście na końcu zaakcentowałem, chciałem kwestię mojego wizerunku rozwinąć i doprecyzować. Czy od zawsze miałem zamysł i plan na to jaki chcę być?... nie. Czy od zawsze chciałem wyglądać tak jak obecnie się prezentuję?... nie. Czy modyfikując się brałem pod uwagę negatywny rozgłos i rozdźwięk wypowiadanych przez innych słów?... nie. Czy brałem pod rozwagę i uwagę to, iż w parze z niecenzuralnymi słowami pójdą równie niecenzuralne czyny?... nie. Czy miałem pełną świadomość tego, jakie będą konsekwencje moich zmian?... nie. Czy brałem pełną odpowiedzialność za to kim/czym jestem i kim/czym chcę się stać?... nie. Czy od zawsze czułem się inny od reszty społeczeństwa???... tak. I to jedyne - tak - spośród wielu tych - nie - przeważyło szalę. Zadecydowało, że zmieniłem się nie do poznania ale nie tylko w sposób fizyczny - zewnętrzny ale też i psychiczny – wewnętrzny. Każda jedna zmiana niesie ze sobą ryzyko wykluczenia, a co za tym idzie i...

... bo niebo jest dla wszystkich, za to piekło dla wybranych ...

 -5- Ciągnąc dalej temat oszczędności i perypetii z tym związanych przed godziną 19stą obowiązkowo trzeba było się myć ale i to mycie nie należało do standardowych. W pierwszej kolejności do łazienki szła „Ona” - myła się w czystej, gorącej wodzie. Po „Niej” dopiero ja szedłem – myłem się już w wystudzonej i brudnej wodzie. Nie wiem jak Wy ale ja nawet pisząc to czuję obrzydzenie bo jak można kazać myć się komuś po kimś w momencie gdy ma się świadomość tego, że ktoś wcześniej mył w tej samej wodzie stopy, miejsca intymne, pachy itd. W tej samej też wodzie w wannie musiałem przepierać swoje i „Jej” rzeczy, które codziennie nosiłem bo pralka automatyczna tak dokładnie nie usunie zabrudzeń jak ręczne pranie. Jeśli dochodziło już do prania w pralce to nie w „automacie” a we „frani” bo opcjonalnie ta pierwsza za dużo wody i prądu „ciągnęła” i nie dopierała. Większej w życiu bzdury nie słyszałem ale za to słyszałem, że to nie mój dom więc i nie moje zasady i reguły, na swoim będę so...